czwartek, 11 grudnia 2014

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Witam!

Chcę was bardzo przeprosić za tak długą nieobecność, po prostu ostatnio nie miałam jako takiej weny, czasu i troszkę mi się porąbało. Pisałam o tym w poście na temat zawieszenia. Ale wspomniałam, że wrócę i jestem J

Część jest trochę drętwa i pewnie słaba, więc przepraszam, że wracam z takim chłamem.

Czytasz = komentujesz

ENJOY!



- Myślisz, że to dobry pomysł?

- Tak, tak właśnie myślę. – odparłem i popatrzyłem na Ashtona kątem oka. Niepewnie przestąpił z nogi na nogę, a później splótł palce rąk ze sobą.

- Na pewno? – zapytał cicho.

- Boże, Irwin, farbuję włosy nie pierwszy raz, nie trzęś dupą! – odwróciłem się do niego przodem z uniesioną do góry lewą brwią.

- No to Boże czy Irwin? Zastanów się, stary. – zachichotał. Skrzyżowałem ręce na piersi z kamienną miną, ale po chwili parsknąłem śmiechem i pokręciłem głową.

- W ogóle, kupiłem dobre farby? – zapytał z troską, a zawadiacki uśmieszek zniknął z jego twarzy. Podszedł do mnie, stanął na palcach i przyjrzał się dokładnie rozjaśniaczowi pomieszanemu z odżywką, nałożonego na moje, jeszcze kilka minut temu, niebieskie włosy.

- Tak, ale jedna uwaga. – położyłem dłonie na jego ramionach i ściągnąłem w dół, żeby stanął normalnie. – Ty nie kupiłeś farb, a rozjaśniacz i odżywkę.

Wywrócił teatralnie oczami i usiadł na podłodze pod drzwiami. Zaczął uderzać palcami o swoje masywne uda, wybijając jakiś rytm.

Obejrzałem się w lustrze i postanowiłem umyć głowę. Wyciągnąłem szampon, dokładnie taki, o jaki prosiłem, i zacząłem od spłukiwania rozjaśniacza. Później dokładnie umyłem włosy.

- Podaj mi ręcznik, jeśli przyniosłeś. – powiedziałem, zakręcając wodę.

Irwin wstał i leniwie podszedł do mnie, założył ręcznik na moją głowę i wrócił na swoje miejsce, mamrocząc coś pod nosem.

- Dziękuję, łaskawco.

- Jestem ciekawy, jak bardzo źle teraz będziesz wyglądał. – odparł rozbawiony. Wytarłem dokładnie włosy i spiorunowałem go wzrokiem.

- Masz suszarkę? – rozczesałem włosy.

- Ale po co ci? – zachichotał i popatrzył na białe pudło zamontowane na ścianie, zwane suszarką do rąk. Westchnąłem, przymknąłem oczy i spuściłem głowę. – No dajesz, trzeba stąd kiedyś wyjść.

- Pojebało cię? – rzuciłem i przebiegłem palcami po mokrej głowie. Nosz kurwa mać.

- Odkryłeś Amerykę. – zaklaskał i oparł brodę o kolana. – Nie takie rzeczy się robiło, Mikey.

Zastanowiłem się chwilę. Nie powiem, że nie, ale ma rację. Raz chcieliśmy uciec ze szkoły, ale wszystkie drzwi były pozamykane, więc poszliśmy do łazienki na najniższym piętrze i po prostu wyskoczyliśmy z okna. Nie wspomnę o tym, że to ja byłem na ziemi pierwszy, a Ashton, jak gdyby nigdy nic, skoczył na mnie.

Nigdy, przenigdy,  nie gódźcie się na pomysły swojego najlepszego przyjaciela, jeśli wiecie, że to może być porażką.

Pokręciłem głową i uklęknąłem pod suszarką. Na początku było ciężko, bo co chwilę się wyłączała, a ja za każdym razem przeklinałem ją pod nosem, na co Ashton śmiał się jak hiena. W końcu wyczaiłem, że im bliżej będę, to jest mniejsze prawdopodobieństwo, że powietrze przestanie dmuchać. Ale bałem się, że wciągnie albo spali mi włosy, więc wspomagałem się rękami.

Kiedy skończyłem, wstałem, uczesałem się i stanąłem przed lustrem. Wyszczerzyłem triumfalnie zęby.

Niebieski kolor zastąpił bardzo jasny, wręcz biały blond. Dla pewności sprawdziłem, czy z tyłu to też tak dobrze wygląda. Później odwróciłem się do mojego przyjaciela, który z błyskiem w oczach bawił się klamką. Przyłożyłem pięść do ust, powstrzymując śmiech. Miałem nadzieję, że ten idiota poliże klamkę, a później będzie krzywił się i płakał, ze mu niedobrze.

- Co ty robisz? – spytałem rozbawionym tonem.

- Ja? Patrzę na klamkę, nie widać? – skierował wzrok na mnie, szeroko otworzył oczy, a później się zarumienił. - Woah…

-Co jest? – zmarszczyłem czoło.

- Chyba najbardziej podobasz mi się w takich włosach. – zarumienił się jeszcze bardziej, na co przewróciłem oczami z uśmiechem. Pozbierałem pudełka, pędzelek, miseczkę i rękawiczki do reklamówki, a później stanąłem nad Ashtonem. Popatrzył na mnie z dołu. Wstał i wyszedł. Ruszyłem za nim.

Nie wiem czemu, ale nagle poczułem ucisk w klatce piersiowej i potrzebę bycia teraz przy Luke’u. Serce podeszło mi pod gardło, a w oczach zakręciły się łzy. Chyba za nim tęsknię... Nie do końca jestem pewny. Wielu rzeczy nie wiem i chciałbym się dowiedzieć. Bo skoro rodzimy się, by umrzeć i umieramy, by żyć, to jaki jest sens życia w takiej wielkiej sprzeczności?

Kiedy weszliśmy do sali, rzuciłem się na łóżko i wtuliłem głowę w poduszki.

- Co jest? – spytał Ashton, kładąc się obok mnie.

Pociągnąłem nosem. Nagle do głowy wpadł mi pewien pomysł. Bardzo dobry pomysł.

- No odpowiedz mi. – szturchnął mnie w ramie, na co położyłem się na boku tak, żeby móc na niego patrzeć.

- Pamiętasz, jak poznałem tego twojego przyjaciela, Luke’a?

- Pamiętam. – wyszczerzył zęby we wrednym uśmiechu i poruszył brwiami.

- Możesz dać mi do niego jakiś kontakt? To dla mnie ważne.

Wziął mój telefon, wystukał numer i posłał uśmiech, oddając smartfona.

- Co zamierzasz zrobić? – zapytał.

Sam nie wiedziałem. Przecież nie mogę do niego zadzwonić i powiedzieć, ze go okłamałem. Ale też nie mogę go dalej oszukiwać, bo tak czy siak to wyjdzie na jaw. W końcu kłamstwo ma krótkie nogi.

Wpatrywałem się w cyferki na ekranie, praktycznie nie mrugając. Uszy zatkał mi niewidzialny korek. Tak, jakby nagle zmieniło się ciśnienie. Zastygłem. Chyba czekałem na cud.

Kiedy telefon automatycznie się zablokował, podniosłem wzrok na Irwina, który najwyraźniej był zaniepokojony moją „zawiechą”.

- Michael? – położył dłoń na moim policzku po to, żeby za chwilę uderzyć mnie z całej siły. Zapiszczałem i odsunąłem się od niego. 

- Co ty odpierdalasz?!

- Nie reagowałeś, to chciałem cię ocucić…

- W taki sposób? Chyba sobie ze mnie w tej chwili żartujesz. – usiadłem prosto i westchnąłem z grymasem. Bolało, szczypało i krzyczało o zemstę.

Zapisałem numer Luke’a, po czym schowałem telefon do kieszeni.


***


Wszedłem do nowej sali, w której miałem zostać jeszcze dwa dni. Niewiele różniła się od poprzedniej, tyle, że były trzy łóżka, w tym dwa zajęte. Jeden chłopak spał, a drugi siedział i czytał książkę. Podniósł na mnie wzrok. Jego tęczówki były koloru ciemnego brązu i wydawały się zmęczone, smutne. Brwi trochę za gęste, ale wyrównane. Czarne włosy tworzyły kontrast z bladą, gładko ogoloną skórą chłopaka. Delikatnie rozchylił bladoróżowe usta i przejechał palcem po ledwo widocznej koziej bródce. Jego ponura twarz momentalnie się rozpromieniła.

- Holla Amigo! – powiedział radośnie i wstał. Usta wykrzywił w szerokim uśmiechu, a oczy zmrużył, przyglądając mi się dokładnie. – Jestem Ronald, ale mów mi Ronnie. – wstał, podreptał w moim kierunku, uścisnął moją dłoń i energicznie nią potrząsnął. Z bliska zauważyłem, jak dużo ma tatuaży. Poczynając od prawego boku głowy, napisu na czole tuż pod linią włosów, poprzez szyję, aż do nadgarstków. Być może tors też był pokryty kolorowymi wzorami. Nie mogłem tego stwierdzić, chociaż koszulka była skąpo wycięta w tank top.

- Michael. – uniosłem w górę lewy kącik ust i odsunąłem się.

- Z jakiego powodu tu jesteś? – nachylił się i wytrzeszczył oczy. Wwiercał się w moją duszę ciekawskim spojrzeniem.

- Spokojnie, będę tu tylko kilka dni. – przygryzłem wargę, ominąłem go i usiadłem na wolnym łóżku. Natręt poszedł za mną; usiadł obok, dość blisko. Słyszałem bicie jego nadpobudliwego serca.

- Nie, chodzi mi o twój problem. To oddział, kolokwialnie mówiąc, dla psychicznych. Badają tu samobójców, ćpunów i tak dalej.

Poczułem się jeszcze bardziej niezręcznie. Odchrząknąłem i po chwili postanowiłem się odezwać.

- Po pierwsze… Ronnie. – spojrzałem na niego. – Mam lęk przed tłumem i zaczynam panikować, kiedy ktoś na mnie napiera. Proszę, czy mógłbyś odsunąć się chociaż pół metra?

Nie do końca zrobił to, o co prosiłem, bo było pomiędzy nami pięć centymetrów, a powinno pięćdziesiąt.

- Po drugie, nie jestem psycholem. Przez przypadek przedawkowałem piguły nasenne.

- Czyli samobójca. Podoba mi się. – zamruczał i wyszczerzył zęby. – Teraz ty powinieneś zapytać mnie, dlaczego tu jestem. Z grzeczności.

Zamrugałem kilka razy i przeanalizowałem dokładnie jego słowa. Co, do cholery, on brał?

- W takim razie, dlaczego tu jesteś? – uniosłem powoli jedną brew do góry.

- Wścibski! – zachichotał dźgnął mnie palcem w policzek. – Żartuję. Jestem tu, bo znaleźli mnie ze strzykawką w żyle i jakimś cudem udało im się mnie uratować. Tylko nie bierz mnie za ćpuna, biorę okazjonalnie i w weekendy, ewentualnie jak mam zły humor, albo jestem smutny czy podekscytowany.

- Teraz też coś ćpałeś?

- Nie, po prostu spałem tylko dwie godziny, ale czuję się świetnie, dzięki, że pytasz. – uśmiechnął się jeszcze szerzej. Wokół oczu pojawiły się małe zmarszczki. – Poznajmy się bliżej. Ja zacznę. – mówił szybko, ale wyraźnie. Nie jąkał się, brał krótkie oddechy i nawet nie robił dłuższych przerw. Po prostu wyrzucał to, co naszło mu na myśl. Albo jakby powtarzał to wcześniej sto razy. Napisał na kartce i wyuczył się od deski do deski, jak rolę do szkolnego przedstawienia. – Nazywam się Ronnie Radke, lat 19, mam brata, i byłem wokalistą w zespole, ale wyjebali mnie, bo dowiedzieli się o moich przekrętach z marihuaną, i później trafiłem do szpitala, więc już nie było innego wyjścia. Ale mam ich w dupie, beze mnie są niczym. Moim ulubionym kolorem jest czarny, czarny i jeszcze raz czarny. Kocham zwierzątka i biologię. Uważam, że GMO to czyste zło. Nawet się rymuje. Więcej argumentów przeciw, niż za. Nie chcę, żeby naszą ziemię ogarnęły jakieś wielkie superrobale i superchwasty, które będą zabijać ludzi laserami z oczu. – pauza. Wziął głęboki oddech, a kiedy otworzyłem buzię, żeby coś powiedzieć, kontynuował już swój monolog. – Najwyżej kupię sól i zrobię powstanie. Jeśli jesteśmy już przy soli, to tego też nienawidzę. Jest taka ohydna i strasznie nie zdrowa. Nawet nie wiesz, jak źle wpływa na nasz organizm! Od małego protestowałem. Moi rodzice zawsze byli źli na mnie, bo musieli gotować dwa razy : jeden dla siebie, a później dla mnie, specjalnie bez soli. To samo było z ziemniakami i sała…

Nie zdążył skończyć, bo śpiący chłopak kazał się mu zamknąć. Nastała głucha cisza. Odwróciłem głowę, a kołdra na sąsiednim łóżku się poruszyła.

- Matty, nie bądź taki wredny cały czas. Mamy nowego kolegę.

- Jeszcze raz tak do mnie powiesz, to ci wpierdolę. – kołdra znów się poruszyła, tym razem wyłoniła się z niej postać. Wysoki chłopak wstał z łóżka, poprawił blond włosy zaczesane do góry i założył bluzę. Skierował przenikliwy wzrok na mnie. Jego oczy też były brązowe, ale w przeciwieństwie do Ronniego, były okrągłe z błyskiem inteligencji.

Był szczupły, wręcz chudy, a skóra na jego dłoniach doszczętnie zniszczona, ozdobiona licznymi bliznami i strupami. Można było policzyć każdą żyłę od koniuszków palców, po przedramię. Nogi jak dwa patyki, schowane w wąskich spodniach, i tak zbyt szerokich.

- Wyglądasz jak Justin Bieber. – rzuciłem z wrednym uśmiechem. Naprawdę był do niego podobny z twarzy.

Zmarszczył mocno czoło, wkładając ręce do kieszeni spodni.

- Spierdalaj. – wywarczał i wyszedł z sali, trzaskając drzwiami.

Westchnąłem i spuściłem wzrok na swoje palce. Nie miałem ochoty zostawać w jednym pomieszczeniu z brunetem. Sprawiał wrażenie ciągle naćpanego fana Boba Marley’a.

- Teraz ty powiedz coś o sobie. – złapał moją brodę w dwa palce i uniósł w górę, żebym na niego spojrzał.

- Chyba spasuję. – odsunąłem jego rękę i wstałem.

- Gdzie idziesz?

Wzruszyłem tylko ramionami i wyszedłem.

Przez chwilę myślałem, czy jest jakieś wyjście na dach, ale nawet jeśli, to pewnie by mnie złapali i miałbym kłopoty.

Skierowałem się do łazienki. Zamknąłem w ostatniej kabinie, wyjąłem telefon i napisałem smsa.

Do : Luke

„Hej. Mam nadzieję, że nie będziesz zły na Ashtona, poprosiłem o Twój numer. ~G.”

Przez chwilę myślałem nad skasowaniem tekstu, ale przypadkiem najechałem kciukiem na strzałkę, która wysyła wiadomość. Próbowałem anulować, co mi się nie udało.

Po chwili otrzymałem smsa zwrotnego.

Od : Luke

„Kim jesteś?”

Bez zastanowienia odpisałem „Gordon”. Zacząłem żałować, że wpadłem na ten pomysł, bo jestem zbyt wielkim tchórzem, żeby przyznać się, że oszukiwałem.

Od : Luke

„Gdzie jesteś? Dlaczego zniknąłeś? Kiedy wracasz?”

Do : Luke

„Nie mogę teraz udzielić Ci odpowiedzi na dwa ostatnie pytania. W swoim czasie się dowiesz, obiecuję. Trzymaj się, Luke.”

Osunąłem się po ścianie na zimną podłogę i zacisnąłem oczy, żeby się nie rozpłakać.



Jesteś taki głupi, Gordon.

3 komentarze:

  1. OMFG
    Jeju cudowne
    Haha ciagle naćpany fan boba marleya :))) hahahaha boze określenie idealne
    Jejku chce wiecej Luke'a
    Boze Gordon !! XD
    Kocham xx czekam na next
    @Faza_Bo_Hazza

    OdpowiedzUsuń
  2. Jejku, kocham to ff. Rozdział idealny ♥.
    Czekam na więcej muke moment no i oczywiście na nexta.
    @Puuchatek_

    OdpowiedzUsuń