Witam!
Chcę was bardzo przeprosić za tak długą nieobecność, po prostu ostatnio
nie miałam jako takiej weny, czasu i troszkę mi się porąbało. Pisałam o tym w
poście na temat zawieszenia. Ale wspomniałam, że wrócę i jestem J
Część jest trochę drętwa i pewnie słaba, więc przepraszam, że wracam z
takim chłamem.
Czytasz = komentujesz
ENJOY!
- Myślisz, że to dobry pomysł?
- Tak, tak właśnie myślę. –
odparłem i popatrzyłem na Ashtona kątem oka. Niepewnie przestąpił z nogi na
nogę, a później splótł palce rąk ze sobą.
- Na pewno? – zapytał cicho.
- Boże, Irwin, farbuję włosy nie
pierwszy raz, nie trzęś dupą! – odwróciłem się do niego przodem z uniesioną do
góry lewą brwią.
- No to Boże czy Irwin? Zastanów
się, stary. – zachichotał. Skrzyżowałem ręce na piersi z kamienną miną, ale po
chwili parsknąłem śmiechem i pokręciłem głową.
- W ogóle, kupiłem dobre farby? –
zapytał z troską, a zawadiacki uśmieszek zniknął z jego twarzy. Podszedł do mnie, stanął na palcach i
przyjrzał się dokładnie rozjaśniaczowi pomieszanemu z odżywką, nałożonego na
moje, jeszcze kilka minut temu, niebieskie włosy.
- Tak, ale jedna uwaga. –
położyłem dłonie na jego ramionach i ściągnąłem w dół, żeby stanął normalnie. –
Ty nie kupiłeś farb, a rozjaśniacz i odżywkę.
Wywrócił teatralnie oczami i
usiadł na podłodze pod drzwiami. Zaczął uderzać palcami o swoje masywne uda,
wybijając jakiś rytm.
Obejrzałem się w lustrze i
postanowiłem umyć głowę. Wyciągnąłem szampon, dokładnie taki, o jaki prosiłem, i
zacząłem od spłukiwania rozjaśniacza. Później dokładnie umyłem włosy.
- Podaj mi ręcznik, jeśli
przyniosłeś. – powiedziałem, zakręcając wodę.
Irwin wstał i leniwie podszedł do
mnie, założył ręcznik na moją głowę i wrócił na swoje miejsce, mamrocząc coś
pod nosem.
- Dziękuję, łaskawco.
- Jestem ciekawy, jak bardzo źle
teraz będziesz wyglądał. – odparł rozbawiony. Wytarłem dokładnie włosy i
spiorunowałem go wzrokiem.
- Masz suszarkę? – rozczesałem
włosy.
- Ale po co ci? – zachichotał i
popatrzył na białe pudło zamontowane na ścianie, zwane suszarką do rąk.
Westchnąłem, przymknąłem oczy i spuściłem głowę. – No dajesz, trzeba stąd
kiedyś wyjść.
- Pojebało cię? – rzuciłem i
przebiegłem palcami po mokrej głowie. Nosz
kurwa mać.
- Odkryłeś Amerykę. – zaklaskał i
oparł brodę o kolana. – Nie takie rzeczy się robiło, Mikey.
Zastanowiłem się chwilę. Nie
powiem, że nie, ale ma rację. Raz chcieliśmy uciec ze szkoły, ale wszystkie
drzwi były pozamykane, więc poszliśmy do łazienki na najniższym piętrze i po
prostu wyskoczyliśmy z okna. Nie wspomnę o tym, że to ja byłem na ziemi
pierwszy, a Ashton, jak gdyby nigdy nic, skoczył na mnie.
Nigdy, przenigdy, nie gódźcie się na pomysły swojego najlepszego
przyjaciela, jeśli wiecie, że to może być porażką.
Pokręciłem głową i uklęknąłem pod
suszarką. Na początku było ciężko, bo co chwilę się wyłączała, a ja za każdym
razem przeklinałem ją pod nosem, na co Ashton śmiał się jak hiena. W końcu
wyczaiłem, że im bliżej będę, to jest mniejsze prawdopodobieństwo, że powietrze
przestanie dmuchać. Ale bałem się, że wciągnie albo spali mi włosy, więc
wspomagałem się rękami.
Kiedy skończyłem, wstałem,
uczesałem się i stanąłem przed lustrem. Wyszczerzyłem triumfalnie zęby.
Niebieski kolor zastąpił bardzo
jasny, wręcz biały blond. Dla pewności sprawdziłem, czy z tyłu to też tak
dobrze wygląda. Później odwróciłem się do mojego przyjaciela, który z błyskiem
w oczach bawił się klamką. Przyłożyłem pięść do ust, powstrzymując śmiech.
Miałem nadzieję, że ten idiota poliże klamkę, a później będzie krzywił się i
płakał, ze mu niedobrze.
- Co ty robisz? – spytałem
rozbawionym tonem.
- Ja? Patrzę na klamkę, nie
widać? – skierował wzrok na mnie, szeroko otworzył oczy, a później się
zarumienił. - Woah…
-Co jest? – zmarszczyłem czoło.
- Chyba najbardziej podobasz mi
się w takich włosach. – zarumienił się jeszcze bardziej, na co przewróciłem
oczami z uśmiechem. Pozbierałem pudełka, pędzelek, miseczkę i rękawiczki do
reklamówki, a później stanąłem nad Ashtonem. Popatrzył na mnie z dołu. Wstał i
wyszedł. Ruszyłem za nim.
Nie wiem czemu, ale nagle
poczułem ucisk w klatce piersiowej i potrzebę bycia teraz przy Luke’u. Serce
podeszło mi pod gardło, a w oczach zakręciły się łzy. Chyba za nim tęsknię...
Nie do końca jestem pewny. Wielu rzeczy nie wiem i chciałbym się dowiedzieć. Bo
skoro rodzimy się, by umrzeć i umieramy, by żyć, to jaki jest sens życia w
takiej wielkiej sprzeczności?
Kiedy weszliśmy do sali, rzuciłem
się na łóżko i wtuliłem głowę w poduszki.
- Co jest? – spytał Ashton,
kładąc się obok mnie.
Pociągnąłem nosem. Nagle do głowy
wpadł mi pewien pomysł. Bardzo dobry
pomysł.
- No odpowiedz mi. – szturchnął
mnie w ramie, na co położyłem się na boku tak, żeby móc na niego patrzeć.
- Pamiętasz, jak poznałem tego
twojego przyjaciela, Luke’a?
- Pamiętam. – wyszczerzył zęby we
wrednym uśmiechu i poruszył brwiami.
- Możesz dać mi do niego jakiś
kontakt? To dla mnie ważne.
Wziął mój telefon, wystukał numer
i posłał uśmiech, oddając smartfona.
- Co zamierzasz zrobić? –
zapytał.
Sam nie wiedziałem. Przecież nie
mogę do niego zadzwonić i powiedzieć, ze go okłamałem. Ale też nie mogę go
dalej oszukiwać, bo tak czy siak to wyjdzie na jaw. W końcu kłamstwo ma krótkie
nogi.
Wpatrywałem się w cyferki na
ekranie, praktycznie nie mrugając. Uszy zatkał mi niewidzialny korek. Tak,
jakby nagle zmieniło się ciśnienie. Zastygłem. Chyba czekałem na cud.
Kiedy telefon automatycznie się
zablokował, podniosłem wzrok na Irwina, który najwyraźniej był zaniepokojony
moją „zawiechą”.
- Michael? – położył dłoń na moim
policzku po to, żeby za chwilę uderzyć mnie z całej siły. Zapiszczałem i
odsunąłem się od niego.
- Co ty odpierdalasz?!
- Nie reagowałeś, to chciałem cię
ocucić…
- W taki sposób? Chyba sobie ze
mnie w tej chwili żartujesz. – usiadłem prosto i westchnąłem z grymasem.
Bolało, szczypało i krzyczało o zemstę.
Zapisałem numer Luke’a, po czym schowałem
telefon do kieszeni.
***
Wszedłem do nowej sali, w której
miałem zostać jeszcze dwa dni. Niewiele różniła się od poprzedniej, tyle, że
były trzy łóżka, w tym dwa zajęte. Jeden chłopak spał, a drugi siedział i
czytał książkę. Podniósł na mnie wzrok. Jego tęczówki były koloru ciemnego
brązu i wydawały się zmęczone, smutne. Brwi trochę za gęste, ale wyrównane.
Czarne włosy tworzyły kontrast z bladą, gładko ogoloną skórą chłopaka. Delikatnie
rozchylił bladoróżowe usta i przejechał palcem po ledwo widocznej koziej
bródce. Jego ponura twarz momentalnie się rozpromieniła.
- Holla Amigo! – powiedział radośnie i wstał. Usta wykrzywił w
szerokim uśmiechu, a oczy zmrużył, przyglądając mi się dokładnie. – Jestem
Ronald, ale mów mi Ronnie. – wstał, podreptał w moim kierunku, uścisnął moją
dłoń i energicznie nią potrząsnął. Z bliska zauważyłem, jak dużo ma tatuaży.
Poczynając od prawego boku głowy, napisu na czole tuż pod linią włosów, poprzez
szyję, aż do nadgarstków. Być może tors też był pokryty kolorowymi wzorami. Nie
mogłem tego stwierdzić, chociaż koszulka była skąpo wycięta w tank top.
- Michael. – uniosłem w górę lewy
kącik ust i odsunąłem się.
- Z jakiego powodu tu jesteś? – nachylił
się i wytrzeszczył oczy. Wwiercał się w moją duszę ciekawskim spojrzeniem.
- Spokojnie, będę tu tylko kilka
dni. – przygryzłem wargę, ominąłem go i usiadłem na wolnym łóżku. Natręt
poszedł za mną; usiadł obok, dość blisko. Słyszałem bicie jego nadpobudliwego
serca.
- Nie, chodzi mi o twój problem.
To oddział, kolokwialnie mówiąc, dla psychicznych. Badają tu samobójców, ćpunów
i tak dalej.
Poczułem się jeszcze bardziej
niezręcznie. Odchrząknąłem i po chwili postanowiłem się odezwać.
- Po pierwsze… Ronnie. –
spojrzałem na niego. – Mam lęk przed tłumem i zaczynam panikować, kiedy ktoś na
mnie napiera. Proszę, czy mógłbyś odsunąć się chociaż pół metra?
Nie do końca zrobił to, o co
prosiłem, bo było pomiędzy nami pięć centymetrów, a powinno pięćdziesiąt.
- Po drugie, nie jestem
psycholem. Przez przypadek przedawkowałem piguły nasenne.
- Czyli samobójca. Podoba mi się.
– zamruczał i wyszczerzył zęby. – Teraz ty powinieneś zapytać mnie, dlaczego tu
jestem. Z grzeczności.
Zamrugałem kilka razy i przeanalizowałem
dokładnie jego słowa. Co, do cholery, on brał?
- W takim razie, dlaczego tu
jesteś? – uniosłem powoli jedną brew do góry.
- Wścibski! – zachichotał dźgnął
mnie palcem w policzek. – Żartuję. Jestem tu, bo znaleźli mnie ze strzykawką w
żyle i jakimś cudem udało im się mnie uratować. Tylko nie bierz mnie za ćpuna,
biorę okazjonalnie i w weekendy, ewentualnie jak mam zły humor, albo jestem
smutny czy podekscytowany.
- Teraz też coś ćpałeś?
- Nie, po prostu spałem tylko
dwie godziny, ale czuję się świetnie, dzięki, że pytasz. – uśmiechnął się
jeszcze szerzej. Wokół oczu pojawiły się małe zmarszczki. – Poznajmy się
bliżej. Ja zacznę. – mówił szybko, ale wyraźnie. Nie jąkał się, brał krótkie
oddechy i nawet nie robił dłuższych przerw. Po prostu wyrzucał to, co naszło mu
na myśl. Albo jakby powtarzał to wcześniej sto razy. Napisał na kartce i
wyuczył się od deski do deski, jak rolę do szkolnego przedstawienia. – Nazywam
się Ronnie Radke, lat 19, mam brata, i byłem wokalistą w zespole, ale wyjebali
mnie, bo dowiedzieli się o moich przekrętach z marihuaną, i później trafiłem do
szpitala, więc już nie było innego wyjścia. Ale mam ich w dupie, beze mnie są
niczym. Moim ulubionym kolorem jest czarny, czarny i jeszcze raz czarny. Kocham
zwierzątka i biologię. Uważam, że GMO to czyste zło. Nawet się rymuje. Więcej
argumentów przeciw, niż za. Nie chcę, żeby naszą ziemię ogarnęły jakieś wielkie
superrobale i superchwasty, które będą zabijać ludzi laserami z oczu. – pauza.
Wziął głęboki oddech, a kiedy otworzyłem buzię, żeby coś powiedzieć,
kontynuował już swój monolog. – Najwyżej kupię sól i zrobię powstanie. Jeśli
jesteśmy już przy soli, to tego też nienawidzę. Jest taka ohydna i strasznie
nie zdrowa. Nawet nie wiesz, jak źle wpływa na nasz organizm! Od małego protestowałem.
Moi rodzice zawsze byli źli na mnie, bo musieli gotować dwa razy : jeden dla
siebie, a później dla mnie, specjalnie bez soli. To samo było z ziemniakami i
sała…
Nie zdążył skończyć, bo śpiący
chłopak kazał się mu zamknąć. Nastała głucha cisza. Odwróciłem głowę, a kołdra
na sąsiednim łóżku się poruszyła.
- Matty, nie bądź taki wredny
cały czas. Mamy nowego kolegę.
- Jeszcze raz tak do mnie
powiesz, to ci wpierdolę. – kołdra znów się poruszyła, tym razem wyłoniła się z
niej postać. Wysoki chłopak wstał z łóżka, poprawił blond włosy zaczesane do
góry i założył bluzę. Skierował przenikliwy wzrok na mnie. Jego oczy też były
brązowe, ale w przeciwieństwie do Ronniego, były okrągłe z błyskiem
inteligencji.
Był szczupły, wręcz chudy, a skóra
na jego dłoniach doszczętnie zniszczona, ozdobiona licznymi bliznami i
strupami. Można było policzyć każdą żyłę od koniuszków palców, po przedramię.
Nogi jak dwa patyki, schowane w wąskich spodniach, i tak zbyt szerokich.
- Wyglądasz jak Justin Bieber. –
rzuciłem z wrednym uśmiechem. Naprawdę był do niego podobny z twarzy.
Zmarszczył mocno czoło, wkładając
ręce do kieszeni spodni.
- Spierdalaj. – wywarczał i
wyszedł z sali, trzaskając drzwiami.
Westchnąłem i spuściłem wzrok na
swoje palce. Nie miałem ochoty zostawać w jednym pomieszczeniu z brunetem.
Sprawiał wrażenie ciągle naćpanego fana Boba Marley’a.
- Teraz ty powiedz coś o sobie. –
złapał moją brodę w dwa palce i uniósł w górę, żebym na niego spojrzał.
- Chyba spasuję. – odsunąłem jego
rękę i wstałem.
- Gdzie idziesz?
Wzruszyłem tylko ramionami i
wyszedłem.
Przez chwilę myślałem, czy jest
jakieś wyjście na dach, ale nawet jeśli, to pewnie by mnie złapali i miałbym
kłopoty.
Skierowałem się do łazienki.
Zamknąłem w ostatniej kabinie, wyjąłem telefon i napisałem smsa.
Do : Luke
„Hej. Mam nadzieję, że nie będziesz zły na Ashtona, poprosiłem o Twój
numer. ~G.”
Przez chwilę myślałem nad
skasowaniem tekstu, ale przypadkiem najechałem kciukiem na strzałkę, która
wysyła wiadomość. Próbowałem anulować, co mi się nie udało.
Po chwili otrzymałem smsa
zwrotnego.
Od : Luke
„Kim jesteś?”
Bez zastanowienia odpisałem „Gordon”. Zacząłem żałować, że wpadłem
na ten pomysł, bo jestem zbyt wielkim tchórzem, żeby przyznać się, że
oszukiwałem.
Od : Luke
„Gdzie jesteś? Dlaczego zniknąłeś? Kiedy wracasz?”
Do : Luke
„Nie mogę teraz udzielić Ci odpowiedzi na dwa ostatnie pytania. W swoim
czasie się dowiesz, obiecuję. Trzymaj się, Luke.”
Osunąłem się po ścianie na zimną
podłogę i zacisnąłem oczy, żeby się nie rozpłakać.
Jesteś taki głupi, Gordon.
OMFG
OdpowiedzUsuńJeju cudowne
Haha ciagle naćpany fan boba marleya :))) hahahaha boze określenie idealne
Jejku chce wiecej Luke'a
Boze Gordon !! XD
Kocham xx czekam na next
@Faza_Bo_Hazza
OMG
OdpowiedzUsuńto ff jest super
Jejku, kocham to ff. Rozdział idealny ♥.
OdpowiedzUsuńCzekam na więcej muke moment no i oczywiście na nexta.
@Puuchatek_